Tak, w pewnym momencie mojego życia, tuż przed 40-stkę stanęłam SAMA PRZED SOBĄ w PRAWDZIE i PRZED ŚCIANĄ do której doprowadziło mnie całe moje życie. W prawdzie emocjonalnej. W prawdzie o sobie samej. W prawdzie bólu i niekochania siebie. W prawdzie wściekłości na siebie, którą wyżywałam na innych.
Poczułam jakbym dostała w twarz od tej PRAWDY. Zrozumiałam, że jeżeli nie zacznę naprawiać siebie, to to życie dalej będzie dobre, ale nie moje. Zaczęłam myśleć o terapii, ale bałam się i wstydziłam. Nie tego, że ktoś się dowie i pomyśli, że przesadzam, że nie mam na co narzekać, że mam dobre życie. Wstydziłam się, że moje problemy to jakiś wymysł, urojenia małego dziecka, że na świecie są dzieci i dorośli którzy mają wielkie traumy. A ja? A ja jestem tylko DDA.
Moje życie jest dobre. Dobre życie, ale nie takie jak chciałam. Dobre życie, ale nie takie jakie sobie wybrałam. Dobre życie, ale wymyślone przez kogoś innego, na które sama zapracowałam. Dobre życie, w którym idę po ścieżce usypanej przez kogoś innego. Dobre życie, w którym nie widzę horyzontu i gubię kierunek. Najwyższy czas iść swoją drogę bo zostało mało czasu, żeby być szczęśliwym.


